
Ostatnio nie mam czasu na nic. Jestem przemęczona i przydało by się wyjechać gdzieś chociaż na weekend. Będę musiała to przemyśleć bo organizm już zaczął domagać się odpoczynku. Wyczytałam, że moją kruszynkę Cezara można już zaszczepić. Zbierałam się do tego cały tydzień. Niestety albo nie starczało mi siły albo czasu. Dzisiaj postanowiłam pospać trochę dłużej i uparcie pozostawałam nieczuła na przygryzanie kota, smsy i telefony. Wybaczyć proszę:) W końcu koło 10:00 otworzyłam jedno oko, a przed 11 drugie. No i stało się zadzwoniłam do lecznicy, co by dowiedzieć się o godziny przyjęć. Usłyszałam "Dzisiaj do 12, a potem to tylko nagłe przypadki". Na zegarek patrze a tu 11:59:) No to odpowiadam pani średnio miłej, że to się dobrze składa bo ja taki nagły przypadek właśnie mam:) No to znudzony głos po drugiej stronie się pyta co się stało. Otóż stało się tak, że doskwiera mi brak czasu, a z tego powodu moje futrzane szczęście nie może się rozchorować. Zapowiedziałam naszą wizytę w ciągu godziny. No i poszłam. Drzwi zamknęte ale był magiczny dzwonek dla nagłych przypadków, czyli dla nas:) Ta sama pani, co w słuchawce nie za fajna się wydała być zmiękła jak zobaczyła Cezara. Futrzak dostawał komplement za komplementem, ale myślę że miał je głęboko, bo trochę był zestresowany. Na lekarza weterynarii napuszył się cały i już myślałam, że zęby pójdą w ruch- kota oczywiście:). Ale zachował zimną krew i dzielnie znosił termometr w pupce, zaglądanie do uszu, oczu i w paszczę. Miła pani stwierdziła, że trzeba kotka na wagę odtransportować, jak go wzięła na ręcę to myślałam że już go nie odda:) No na szczęście mnie nie ważyli, bo z pewnością usłyszałabym że przytyć by należało. Cezara średnio obchodził werdykt kilo dwadzieścia. Na gryzienie ponoć recepty nie ma, nawe karcenie niewiele się zda. Pan doktor polecił odwracanie uwagi zabawkami i cierpliwość. Dobre sobie. Ciekawe czy o 2 nad ranem chciało by mu się zabawek szukać:) Pani robiąc zastrzyk stwierdziła, że może teraz będzie mądrzejszy i właścicielki gryzł nie będzie. Zirytowany takim gadaniem doktor tak spojrzał na nią i rzekł krótko, że ten zastrzyk nie jest na mądrość. Trochę przygasła, ale powiedziała, że ona tak tylko sobie gada. Jakże bliska mi była ta sytuacja. Jeszcze niedawno też słyszałam, że za dużo gadam i że największym nieszczęściem dla mnie była by strata głosu. No nieważne. Było minęło. Wracając do tematu Cezar od chwili szczepienia jest jakiś śnięty. Nie dzikusuje i śpi jakoś więcej. Tyłek po zastrzyku go boli, więc smyrać można tylko po główce.. Mam nadzieje, że jutro będzie znowu tym samym wariatem i niech nawet mnie przygryza:) Serce mi pęka gdy widzę że on taki smutny.Ale przynajmniej wiemy, że jest zdrowy. Kolejne szczepienie za 4 tygodnie. No to się wygadałam:)hihihi dobranoc.