sobota, 29 marca 2008

Czasem za dużo myślę a potem się zasmucam. Spotkała mnie pewna sytuacja, która nie nastawiła mnie pozytywnie do ludzi. Mówiąc krótko widzisz uśmiechy niby najszczersze na świecie a tu ci potem mendy nóż w plecy wbijają z tym samym uśmiechem. No cóż... życie...Najgorsze jest to, że nie mogę powiedzieć, że wszystko wiem. Środkowy palec w ich stronę tylko mogę wystawić i unikać takich ludzi. Ostatnio mało piszę nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Jest coś co bardzo mnie zniechęca i będę musiała coś zrobić z tym faktem.I nawet wiem już co...:) Ten kto powinien wiedzieć, będzie wiedział.
Wczorajszy dzień był jednym tych, dla których warto żyć. Pracodawcy wywalili mnie już w czwartek na zaległy urlop, z czego nie byłam zadowolona bo nadgodziny robiło mi się wyśmienicie. No ale mus to mus:) Moja siostra postanowiła mnie wyciągnąć z domu i cały piątek spędziłyśmy na powietrzu:). Spacer po Sopocie okazał się fantastycznym pomysłem. Było miło i śmiesznie:) Będę długo wspominać dyskusję na temat gustowności czapki milki i ważenie jajek z niespodzianką i dwugodzinnego poszukiwania drapaka. To było wiele sytuacji, których opisać się nie da, a na wspomnienie których uśmiech na ryjku się pojawia. Popołudnie i wieczór minęły przy ogórkowej i trzech winach. Żeby nie było, że ja sama z siostra tyle win wypiłam wspomne, że przyszli goście:) Cezar w pierwszej chwili nie wydał się być zachwycony, ale po piętnastu minutach zrozumiał, że goście oznaczają jedno- więcej ludzi do gryzienia i zabawy. Zdziwił się jak wszyscy wyszli. Wymęczony spał do 10 rano. Jego zapewne głowa tak nie bolała bo wina nie pił:) Oj fajnie było i pewnie nie raz będziemy to wspominać. Dziękuję losowi, że mogłam spotkać na swej drodze .....

sobota, 22 marca 2008

Piękną zimę mamy tej wiosny


No i mamy święta. Czas strasznie szybko leci. Dopiero co składałam życzenia z okazji Nowego Roku i patrzyłam na fajerwerki a tu Wielkanoc jest. Sceneria nie różni się co prawda, bo mamy prawdziwą zimę tej wiosny, co widać na załączonym obrazku. Topniejącego śniegu nie lubię, nikt nie lubi, ale co innego duże i gęste płatki śniegu opadające powoli i przykrywające cały tej miejski syf. Byłam dzisiaj na cmentarzu odwiedzić rodzinę i tak jakoś na rozmyślania mnie wzięło. Jak to by było gdyby.... I się rozmażyłam: Babcia napewno piekła by pyszne babcine placuszki, modląc się do Boga aby wnusia w końcu sobie z jakimś kawalerem życie ułożyła:) Z Edytką jak to z siostrą plotkowałabym aż nas gęby rozbolą. Z pewnością podrzucała by mi dzieci do pilnowania, bo była by teraz dorosłą i piękną kobietą, bo piękno u nas rodzinne:) hihihi . A dziadek jak to u dziadków bywa z pewnością miałby dla mnie wiele życiowych rad, których czasem mi brakuje. Co jakiś czas tak sobie o nich gdybam, bo ani Babci, ani Dziadka i niestety rówież Edytki nie było mi dane poznać. Wydaje mi się, że były byśmy podobne do siebie, bo biorąc pod uwagę moje rodzeństwo można wnioskować, że jestem tak jakby podrzucona:)))) Po nich od razu widać, że z jednej matki... No cóż analizując wnikliwie zdjęcia rodzina widziała we mnie taki sam nos jak u Tatusia i takie same uszy jak u Babci. Musiałam zrezygnować z mojej teorii:)Dobra ludziska wesołych świąt, serc wypełnionych miłością i brzuchów pełnych od świątecznych smakołyków...

wtorek, 18 marca 2008

poniedziałek, 17 marca 2008


No to pierwszy dzień w nowym domu Cezar ma za sobą. Strasznie się rozbrykał.Będę musiała mu zacząc zabraniać niektórych rzeczy np gryźć swoją panią:)i oczywiście drapać. Przez tego futrzaka nie mogę jutro ubrać do teatru sukienki, bo wyglądam jakbym w krzaczory jakieś wpadła:) Oj długo będzie się goiło. Ale nieważne. To i tak sama słodycz.A niby nie lubie słodyczy:)Bzdura...:)Tego cukiereczka uwielbiam.

niedziela, 16 marca 2008

Oto Cezar:)))))Zostanie już na zawsze mój nowy mężczyzna











Nie wiedziałam, że mężczyznę można zakupić a tu taka niespodzianka:) I to dzisiaj kiedy kończę znowu 18 lat:)Najlepszy prezent jaki można sobie wymarzyć:)Czekam jeszcze na tą obiecaną kartkę.You know...:)

czwartek, 6 marca 2008




Trochę mnie tu nie było. Stało się to na co czekałam, czyli w piątek przeprowadziłam się:) Stało się również to czego się obawiałam- rozchorowałam się i to już w sobote. Tak jakby faken sziten. Prawie trzy dni 40 stopniowej gorączki i sama jak palec. Modliłam się żeby wc przyszło do mnie, herbata sama się zrobiła i sama się podała. Nie wymodliłam. Przestraszyłam się gdy zaczeły się halucynacje i chwilami nie wiedziałam gdzie jestem. Jak bardzo przez te trzy dni żałowałam, że się wyprowadziłam. Nie byłabym wtedy sama i ktoś by mi pomógł. Trochę za długo zwlekałam z wizytą u lekarza ale w końcu przemogłam się i poprosiłam o pomoc. I tu ukłony w stronę mojego szwagra. Zawiózł, poczekał i odwiózł. No ale nadal byłam sama a 40 stopni ustąpić nie chciało. Uparcie gorączka smażyła mi mózg. W końcu następnego dnia temperatura była znośna, ale jeść nadal nie mogłam. Będę musiała opracować jakiś plan naprawczy bo prawie mnie już nie ma. Siostra też postanowiła o mnie zadbać jak tylko wróciła z wyjazdu. Zapełniła lodówke, antene do tv, bo od piątku słuchałam tylko radia.Kochana siostrzyczka. Z racji tego, że nadal nie wystawiam nosa z domu postanowiła zaopatrzyć mnie w patelnie. Ciekawe skąd wiedziała, że kurczaka próbowałam smażyć w garnku:)Oj bardzo szybko się przypalało:) Ogólnie podsumowując sytuacje- chrzest bojowy był. Dałam sobie rade, ale nikomu nie życzę takiego poczucia samotności i bezsilności jakiego doświadczyłam leżąc z tą cholerną gorączką. Wiem, że w życiu trzeba liczyć przede wszystkim na siebie. Nie dziwi mnie to nawet, ale to było okropne, bo co innego gdyby nikt nie wiedział, że jestem chora. Otóż kilka osób wiedziało, ale jakoś nie spodziewałam się pospolitego ruszenia w celu ratowania mego zdrowia. O w jakim błędzie byłam będąc pewna, że się bakterii nie dam. Dałam się, ale nie bez walki:)Tymczasem dochodze do siebie i zaczynam świrować już w domu. Ja chcę do luuuudzi:)))No i zdarzył się jeszcze jeden przykry fakt. Mimo choroby przyjęłam w weekend nowego kota. Czekałam na nią tak długo i nie chciałam zwlekać. Okazało się, że pani po trzech dniach tak bardzo się stęskniła i żyć bez kotki nie mogła, że zmieniła zdanie i poprosiła o zwrot. Jakoś się nią nie nacieszyłam, bo akurat te trzy dni jak była ledwo żyłam. Widocznie taki mój los, że łatwo odbiera się mi koty. Tęsknie za Mesią.No ale Lucy, bo tak została nazwana przez panią D. też jest ładna. I dość szybko oswoiła się z nowym mieszkaniem zaliczając najwyższe punkty:)))))No ale ona też już nie moja. Wróciła do domu:(((