piątek, 5 października 2007
Wycieczka do Tczewa
Wstałam dzisiaj przed pianiem koguta.Ciemno i zimno było.Ale obowiązki wzywały więc tuż po 6 rano wyszłam z domu. Słońce właśnie chyba jakoś wstawało. Świat wygląda zupełnie inaczej o tej porze. Potuptałam sobie na pociąg, który miał mnie zawieść do Tczewa, miejsca gdzie spełnić się miała przepowiednia o podpisanej płycie przez panią promotor.W pociągu tłoczno i zimno.Dwie panie na przeciwko dyskutowały o problemach z dzisiejszą młodzieżą. Panie były nauczycielkami.Więc tak jakby miały o czym gadać, a ja sobie po raz kolejny obiecuję,że jak będę miała swoje to będzie grzeczne i nie będzie groziło nauczycielom... Pani grubsza, która chyba nadciśnienie miała bo straszliwie czerwona na twarzy opowiadała jak to niemiłosiernie cierpiała w zeszłym roku na dwu dniowym wyjeździe na pieczonego dzika w dziczy.Oj wyjechałabym sobie teraz na taką dzicz...Pani chudzinka chyba też lubiła bywać w dziczy na dziku. Tak wnioskuje:)W końcu Tczew.Zakupiłam kawę w dworcowym barze. Większość zamawiała schabowe z ziemniakami albo buły z parówkami. Takie śniadanie odczuwałabym przez dwa dni. Kawa jest no to szukam przystanku i magicznego autobusu nr 3. Autobus był ale jeszcze biletu nie było więc pierwszy pojechał beze mnie. Bilet jest, kawa na moich spodniach jest, choć nie powinna - do prania.Nikt mnie tu nie zna przecież, nie ma się czym przejmować. Jak wsiadałam w Gdańsku do pociągu był 5 października, wsiadam do autobusu w Tczewie i chop siup siódmy mamy. W razie kontroli biletu liczę, że wszyscy na czerwonym papierku są dwa dni do przodu i w kupie siła,więc tym też się nie przejmuje. Dwie godziny łaziłam po mieście zanim uzyskałam podpis właściwej osoby. W między czasie doszłam do wniosku,że sygnalizacja świetlna u nas jest mniej irytująca. Bo jak się świeci zielone to słychać znośny dźwięk- przerywany. Otóż w Tczewie nie! Mijam te światła kilka razy i nie mogę się oprzeć wrażeniu,że słyszę długi nieprzerywany sygnał jaki wydaje przyrządzik medyczny informujący uprzejmie, że pacjent zszedł. Więc i ja sobie idę ale na dworzec bo znudziło mi się szlajanie po nieznanym terenie:)Praca magisterska złożona, ale niemiła młoda z dziekanatu oznajmiła z dziką( naprawdę bym pojechała na dzika) satysfakcją, że marnie to widzi bo nie zdąży się wygenerować raport z programu anty plagiatowego,że 14 dni i że tu coś nie tak i że ona to sama nie wie. Niech ona lepiej nie myśli tylko robi swoje. Nie zdenerwowała mnie. Zmartwiona natomiast pomyślałam,że ciepłej herbaty mi się chce. Idę do domu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Wszystko pięknie... tylko nie podoba mi się ze nie jadasz nic rano! Czy Ty w ogole coś jadasz?
Nie zrozumiałam... tego ze z 5tego zrobil sie 7?
Buźka.
Pięknie piszesz - masz dar!
Data na bilecie Siostra, chodzi tylko o wybita datę. a Zywie się miłością...no to sobie pomyśl jaka jestem nażarta:)
do czczewa jeżdżę tylko po to by posłuchać dworcowych zapowiedzi:)
A to ciekawe zajęcie:)ale jakoś nie miałam czasu skupiać się na dworcowych zapowiedziach.ale kawy w barze dworcowym nie polecam:)
Prześlij komentarz