czwartek, 6 marca 2008




Trochę mnie tu nie było. Stało się to na co czekałam, czyli w piątek przeprowadziłam się:) Stało się również to czego się obawiałam- rozchorowałam się i to już w sobote. Tak jakby faken sziten. Prawie trzy dni 40 stopniowej gorączki i sama jak palec. Modliłam się żeby wc przyszło do mnie, herbata sama się zrobiła i sama się podała. Nie wymodliłam. Przestraszyłam się gdy zaczeły się halucynacje i chwilami nie wiedziałam gdzie jestem. Jak bardzo przez te trzy dni żałowałam, że się wyprowadziłam. Nie byłabym wtedy sama i ktoś by mi pomógł. Trochę za długo zwlekałam z wizytą u lekarza ale w końcu przemogłam się i poprosiłam o pomoc. I tu ukłony w stronę mojego szwagra. Zawiózł, poczekał i odwiózł. No ale nadal byłam sama a 40 stopni ustąpić nie chciało. Uparcie gorączka smażyła mi mózg. W końcu następnego dnia temperatura była znośna, ale jeść nadal nie mogłam. Będę musiała opracować jakiś plan naprawczy bo prawie mnie już nie ma. Siostra też postanowiła o mnie zadbać jak tylko wróciła z wyjazdu. Zapełniła lodówke, antene do tv, bo od piątku słuchałam tylko radia.Kochana siostrzyczka. Z racji tego, że nadal nie wystawiam nosa z domu postanowiła zaopatrzyć mnie w patelnie. Ciekawe skąd wiedziała, że kurczaka próbowałam smażyć w garnku:)Oj bardzo szybko się przypalało:) Ogólnie podsumowując sytuacje- chrzest bojowy był. Dałam sobie rade, ale nikomu nie życzę takiego poczucia samotności i bezsilności jakiego doświadczyłam leżąc z tą cholerną gorączką. Wiem, że w życiu trzeba liczyć przede wszystkim na siebie. Nie dziwi mnie to nawet, ale to było okropne, bo co innego gdyby nikt nie wiedział, że jestem chora. Otóż kilka osób wiedziało, ale jakoś nie spodziewałam się pospolitego ruszenia w celu ratowania mego zdrowia. O w jakim błędzie byłam będąc pewna, że się bakterii nie dam. Dałam się, ale nie bez walki:)Tymczasem dochodze do siebie i zaczynam świrować już w domu. Ja chcę do luuuudzi:)))No i zdarzył się jeszcze jeden przykry fakt. Mimo choroby przyjęłam w weekend nowego kota. Czekałam na nią tak długo i nie chciałam zwlekać. Okazało się, że pani po trzech dniach tak bardzo się stęskniła i żyć bez kotki nie mogła, że zmieniła zdanie i poprosiła o zwrot. Jakoś się nią nie nacieszyłam, bo akurat te trzy dni jak była ledwo żyłam. Widocznie taki mój los, że łatwo odbiera się mi koty. Tęsknie za Mesią.No ale Lucy, bo tak została nazwana przez panią D. też jest ładna. I dość szybko oswoiła się z nowym mieszkaniem zaliczając najwyższe punkty:)))))No ale ona też już nie moja. Wróciła do domu:(((

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

See Here or Here

Anonimowy pisze...

ojjejjej, a to się porobiło, ale dobrze, że już dobrze :) teraz będzie tylko dobrze, musi być dobrze..

Jeja pisze...

coraz ciężej mi w to wierzyć...no ale nie poddaje sie:)))

Anonimowy pisze...

uśmiecham się do Ciebie :0)

Jeja pisze...

arczi.a odwzajemniam uśmiech:)fajnie tak pouśmiechać się w niedziele...:)))